Pralka Frania
Pralka Frania to nie był cud techniki. Pranie to był wspólny wysiłek całej rodziny. Wspominam erę sprzed automatycznych pralek.

Pamiętam, że Frania stała w piwnicy. Raz na jakiś czas mama ogłaszała,
— W sobotę robimy pranie — A nas wysyłała do dozorczyni po klucz od pralni.
Cały tydzień zbierałyśmy serwetki, skarpetki, ręczniki, gimnastyczne koszulki i ukryte w kieszeniach chusteczki. O świcie mama robiła cygańskie toboły z poszew. Targałyśmy je trzy piętra w dół. W pralni następowała selekcja tu białe tam ciemne, lniane, osobno etaminy i adamaszki.
Wtedy wjeżdżała Frania, czyli pralka. Żaden cud techniki. Biało niebieska ocynkowana beczka z wirnikiem. Włącznik był z boku. Nam nie wolno było go dotknąć. Mama nalewała do Frani podgrzaną wodę, sypała proszek IXI, mieszała, aby rozpuściły się grudy.
Na pościel czekały liczne atrakcje. Pierwsza to karuzela w pralce. Mydlana woda wirowała, a pościel zwijała się w grube jak ręka węże. Mama je odkręcała, ale za chwilę wracały. Następnie poszwy trafiały do piekła. Na kuchni buchał już kocioł z mydlanym wrzątkiem. Mama wyjmowała węże i topiła je w kotle.
— Uciekać, uciekać, bo wrzątek. — Do nas krzyczała.
Po jakimś czasie z kotła wyglądały bawełniane balony. To poszwy i poszewki szykowały się do ucieczki, ale nic z tego. W kącie panowała ich drewniana łopata. Raz, dwa, trzy pościel wracała do wrzątku.
Gotowane poszwy były czystsze. Ile w tym prawdy, nie wiem.
Następnie zawartość kotła czekała wanna z lodowatą wodą. Ciemne ubrania miały więcej szczęścia, pokręciły się we Frani i chlub do zimnej wody.
Frania to nie był cud techniki!

Wszystko odbywało się w przedsionku piekieł.
Pralka pracowała bez przerwy. My w tym czasie ślęczałam z siostrą nad miską ze skarpetkami. W domu było dwanaście nóg, więc często ścierałam palce do krwi. Być może, pomagała nam tarka, czyli falowana blacha. Tego nie pamiętam.
Wszystko odbywało się w przedsionku piekieł. W pralni unosiła się mgła, aż mama znikała. Zimą para uciekała przez szczeliny w oknie. Z chodnika wyglądało jak pożar w piwnicy. Latem nie pomagały przeciągi. O klimatyzacji nikt wtedy nie słyszał.
Frania miała funkcję wirowania, oczywiście ręcznego. Służyły do tego połączone korbą gumowe wałki. Wyglądały jak ogromne loki na bezszyjnym tułowiu. Wystarczyło wcisnąć rożek prześcieradła i obracać korbą ile fabryka dała. Za pralką z prześcieradeł powstawały kręcone lody.
To nie koniec. Każda dobra gospodyni pościel krochmaliła!
Krochmalona pościel była uwieńczeniem zbiorowego wysiłku, dumą każdej pani domu, ale sen pod taką pościelą to prawdziwa udręka.
Krochmalenia to zajęcie dla silnych i zręcznych. Ziemniaczany kisiel wlewała siostra do wanny z zimną wodą. Od jego gęstości zależało, czy pościel po wyschnięciu będzie jak tektura, czy jak bibuła. Mama po kolei zanurzała w krochmalu pościelowe sztuki. Rozganiała je jak karpie w stawie, aby koloid dotarł w każdy zakamarek. Łowiłam jaśki i je dusiłam, aby pozbyć się nadmiaru wody. Piwnicę i strych dzieliło 50 schodów.
Pod wieczór odbywał się eksodus z pralni i comeback do domu. Każdy niósł, miskę ze spodniami, podkoszulkami, miednicę z poszewkami, a silniejsi targali w górę cynowe wanienki pełne krochmalonej pościeli. Musiałyśmy odpoczywać na półpiętrze.
Po powrocie byliśmy głodni i zmęczeni, ale szczęśliwi, a Frania wracała do piwnicy.




