Takich Dziadków już nie ma
Dziadek i Babcia dawno nie żyją, ale dobrze ich pamiętam. Babcia nosiła koka, dziadek palił fajkę. To rodzice mojej mamy. Dzisiaj ich święto, dlatego ożywiam pamięć.
Dziadkowie mieszkali w drewnianym domu.
Dom był niebieski, bo dziadek do wapna dodawał ultramarynę. Z czasem wapno się łuszczyło, wtedy wokół rósł fiołkowy wianek. Przed oknem stała ławka. Tutaj odpoczywaliśmy po podróży, babcia wkładała ogórki na zimę. Latem czekaliśmy jak słońce schowa się za stodołę.
Dom skrywał skarby.
Głośno cykające zegary, obraz z przestrzeloną Maryją i lepkę. Prawdę mówiąc, takiego mebla nigdzie indziej nie spotkałam. Lepka to zapiecek do siedzenia. Grzała nam pupy, gdy mróz malował szyby.
Dziadkowie dom dzielili na cześć letnią i zimową. W letniej kuchni za klimatyzujące służyło klepisko. Czasami zbłądziła jakaś kura, a koty dobrze widziały, kiedy babcia doi krowy.
Z krowami to cała historia.
Bo Mucie spędzały dzień w jakby przedszkolu. Rano pastuch zabierał je na pastwisko, wieczorem pędził z powrotem. Wtedy zza horyzontu wyłaniały się rogi i ogony wszystko spowite kurzem. Za każdym razem się martwiłam, czy nasze Mucie trafią do domu. Na szczęście babcia zawsze wypatrzyła je w tłumie i przygnała do obory.
Ławka była sercem podwórka.

Takie kolory piasku widziałam tylko w muzeum Ziemi.
Babcia i dziadek mieszkali na dnie pradawnej rzeki.
Takie kolory piasku widziałam tylko w muzeum Ziemi. Obok stała góra, ludzie wybierali z niej piasek na budowy, a my kopaliśmy jamy. Czasami psociliśmy. Pamiętam, jak rzucałam trawy z korzeniami na drogę, gdy akurat ktoś przechodził. W końcu przyszła skarga i wnuczki dostały zakaz zbliżania się do góry. I słusznie.
Za stodołą był prawdziwy kierat, służył nam za karuzelę. Pamiętam też, jak z siostrą ledwo kręciłyśmy wielkim kołem sieczkarni, a dziadek upychał siano. Bałam się, aby mu palca nie ucięło, noże aż błyszczały.
Dziadek był sadownikiem.
Najbardziej lubiłam czereśnie. Ich gałęzie niebo i ziemię błagały o pomoc. Jako mała dziewczynka wdrapywałam się na sam czubek po najczarniejsze owoce. A później piłam mięte z ogródka.
Naszym zadaniem było odganianie szpaków, bo strachy nie dawały rady.
Papierówki rosły nad starą studnią. Już nie wiem, czy była tam woda, ale wejścia chroniły pokrzywy. Często stawałam przed dylematem, jabłko czy swędzące bąble?
Przenikliwej przezroczystości wody nie zapomnę.
Po wodę chodziliśmy na dół.
To była męska robota, ale jako nastolatka też przynosiłam wodę. Najpierw spuszczałam wiadro na łańcuchu, później z całych sił kręciłam, aby wróciło pełne. Czasami korba się wymsknęła, wiadro utopiło, wtedy dziadek je ratował. Smak wody z cynowego wiadra doskonale pamiętam. W upał to była nasza cola z lodem.
W żniwa dziadek ogłaszał mobilizację.
Stawialiśmy się jak jeden mąż. Pęcherze na palcach rosły w oczach, a kartofle ze zsiadłam mlekiem na ściernisku, smakowały jak obiad w Belwederze.
A wieczorem triumfalny powrót ze żniw na stercie snopków, kilka metrów nad ziemią. Dzisiaj posypałyby się mandaty.
Dziadkowie dawno odeszli.
Niebieskiego domu podobno już nie ma. Zostały tylko wspomnienia. Dzisiaj do nich wróciłam. Babciu i Dziadku dziękuję, że byliście.




